Blog

Jak video zmienia blogosferę

Jak podają niektóre źródła „najpierw było słowo”: mówione, rysowane, na końcu pisane. W blogosferze  odwrotnie – najpierw myśli były przelewane na papier (wirtualny), dopiero potem nastąpił odwrót do przekazu ustnego i ruchomych obrazków. W międzyczasie nauczyliśmy się ten przekaz utrwalać, jednak nie zmienia to faktu, że słowo mówione jest łatwiejsze do przyswojenia i nie wymaga umiejętności czytania. A to sprawia, że trafia do coraz młodszych grup odbiorców.

Początki polskiej vlogosfery to okolice 2010 roku. Pierwsze filmy publikowali wtedy Matura to Bzdura, To się wytnie, Niekryty Krytyk czy zapomniany dziś Brzydki Burak. Odrobili lekcje: wiedzieli, że na kanał trzeba mieć pomysł, że liczy się regularność i kontakt z widzami. YouTube istniał już od paru lat, więc było kilku zagranicznych twórców i formatów, na których mogli się wzorować. Zadziałało.

W krótkim czasie treści video w dużej części zastąpiły te pisane. W 2014 wieszczono nawet śmierć tradycyjnych blogów. Video faktycznie pochłonęło część blogosfery, ale i stało się miejscem dla nowych twórców, którzy nie mieli okazji wcześniej pisać.

Dzięki video bardzo rozrósł się i tak silny wcześniej segment beauty, ale powstały również nowe gałęzie. Największe z nich to rozrywka i gaming. Głównie za ich sprawą nastąpiła przyspieszona profesjonalizacja rynku. Nie tylko dla, ale przede wszystkim dzięki vlogerom mamy sieci partnerskie, menadżerów z prawdziwego zdarzenia, lokowanie produktu nie powoduje zgrzytania zębami, a treści, tworzone przecież przez amatorów, nie odbiegają od jakości proponowanej przez stare media. Zabawa w internetowe pamiętniki przerodziła się w poważny biznes, a zawodowe podejście do tworzonych materiałów przyniosło za sobą morze fanów i sporych reklamodawców. Nawet, zdawałoby się dobrze zarabiające i funkcjonujące wcześniej w show biznesie, blogerki modowe otworzyły swoje kanały na YouTube. A przecież  vloger to nie zawsze youtuber. Jest również grupa wierna Dailymotion i Vimeo, a treści video produkują też vinerzy i snapchaterzy. Rynek się rozrasta – zarówno w dobrą, jak i gorszą stronę.

Dzięki smartfonom video stało najbardziej egalitarną formą wyrazu. Z jednej strony mamy autorów wyspecjalizowanych w produkcji, dla których kręcenie krótkich filmów stało się pracą na pełen etat, z drugiej nastolatki, które chcą robić to co ich internetowi idole – dziewięciolatki pokazują więc jak grają w Simsy, nudzą się na szkolnej przerwie albo spotkały na ulicy Gimpera.

Gimpera przywołuję nie bez powodu, bo jest świetnym przykładem zmian zachodzących ostatnio w b(v)logosferze. Jako jeden z pierwszych miał okazję doświadczyć ogromnej youtube’owej popularności – grając, a potem opowiadając o swoim życiu i poglądach, zgromadził kilkusettysięczną armię młodych fanów. Takiego rzędu dusz nie miały w Polsce ani modowe blogerki, ani najbardziej popularni twórcy rozrywkowi. Tłum, jaki zbiera się przy nim (ale i przy kilku innych jego kolegach i koleżankach po fachu) w trakcie trasy Rich Zone czy podobnych imprez umożliwiającym fanom spotkania z ulubionymi youtuberami, można porównać do widowni koncertów rockowych: dziewczyny piszczą, a chłopcy próbują chociaż dotknąć idola. Fakty, że jest znany z internetu (a nie odległej telewizji), wchodzi w bezpośrednią rozmowę ze swoimi widzami oraz skraca dystans do absolutnego minimum sprawiają, że nastolatki traktują go jak kolegę, a nie niedostępną gwiazdę. I ma to swoje konsekwencje. Hajsownicy Gimpera potrafią zaspamować niewinnych ludzi czy przypadkowe strony dla zabawy, bo np. ich ulubieniec wypowiedział się na dany temat mało pochlebnie. Tomasz Działowy, bo tak naprawdę nazywa się Gimper, jest też pierwszym polskim youtuberem pozwanym za zniesławienie innego internetowego twórcy. Scenariusze o idolach nastolatków nieumiejących radzić sobie z szybko zdobytą sławą, które znaliśmy do tej pory z prasy i telewizji, stają się właśnie rzeczywistością polskiej vlogosfery.

Wujek Ben już dawno uczył, że „Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność”, jednak tej prawdy rodzimi youtuberzy dopiero zaczynają się uczyć. Bloger, nawet u szczytu popularności, nie był nigdy u nas idolem. Vloger stał się nim bardzo szybko. Wyczuły to zresztą tradycyjne media – młodzieżowe BRAVO, piszące do tej pory o piosenkarzach i aktorach, od roku wypuszcza samodzielny tytuł poświęcony wyłącznie youtuberom, a telewizje śniadaniowe i programy typu celebrity talent show zapraszają ich w charakterze gwiazd, równoprawnych z tymi znanymi ze srebrnego ekranu.

Video wyniosło ulubieńców b(v)logosfery na poziom popularności porównywalny z muzykami czy sławami z seriali. Na razie mówimy o rozpoznawalności głownie wśród młodszej grupy odbiorców, ale oni po pierwsze też podejmują decyzje zakupowe, po drugie bardzo zręcznie edukują swoich rodziców, dziadków czy starsze rodzeństwo, a po trzecie dorosną szybciej niż nam się wydaje. Video sprawiło, że b(v)logerzy przestali być ciekawostką, a stali się realną siłą i zagrożeniem dla tradycyjnych dziennikarzy, muzyków, showmanów czy nawet sportowców. Bumcyfyksz!

Anna Radomska

Social Media Specialist

Socialyse, Havas Media Group

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmail